RafałM napisał(a):
nie zdarza nie znaczy nie istnieje
ale jest w najwyzszym stopniu pietnowana
lepiej sie rozwiesc przed zdrada niz po niej cierpiec z przybitym do mostu przyrodzeniem
wiernosc to dojrzalosc i powaga w podjetym zobowiazaniu
mysle ze to samo tyczy sie zwiazkow tzw nie formalnych; chlopak-dziewczyna wtedy wiernosc to rowniez okazanie swojego charakteru
zdrada jest czynem haniebnym, niemniej tak surowe kary za taki czyn to przesada i ja np. się cieszę, że społeczeństwo w końcu od nich odeszło (jeśli w ogóle je stosowało). Inna sprawa, że kronikarz mógł tutaj przesadzić z "brutalnością" Słowian, bo przybijanie za mosznę było karą przede wszystkim dla gwałcicieli, co akurat popieram - gwałt jest ohydną zbrodnią, która okalecza zgwałconą osobę (kobietę, mężczyznę lub dziecko) na całe życie, więc zadawanie cierpienia gwałcicielowi uważam za całkowicie słuszne (co znowu nie oznacza, że takie kary MUSZĄ funkcjonować, a jedynie, że moja moralność im się nie sprzeciwia).
Co nie znaczy, że dzisiaj prawo nie piętnuje zdrady - jest to nieźle rozwiązane w prawie cywilnym i takich rozwiązań jak najbardziej jestem zwolennikiem. Kto wyrządza szkodę, powinien zadośćuczynić osobie poszkodowanej, np. płacąc na jej rzecz alimenty. Inna sprawa, że powinno to obowiązywać wyłącznie małżeństwa - związek nieformalny ZAWSZE jest obarczony ryzykiem i jest to normalne - jak ktoś nie chce ochrony prawnej swojego statusu, to nie ma powodu, aby mu/jej ją narzucać, tak samo, jak nie ma obowiązku np. zastrzegania swojego znaku handlowego.
Ailinon napisał(a):
Istnieje coś takiego jak "naturalny konflikt". Twój instynkt posiadania kilku samców jest skonfliktowany z instynktami tychże samców. Dlaczego niby Twój ból konieczności wyboru ma być ważniejszy od ich bólu konieczności dzielenia się? To tylko kwestia priorytetów i wytrychy takie jak "miłość" dla mnie wcale nie są odpowiedzią na wszystko. Czasami trzeba dokonać głębszej analizy co będzie lepiej funkcjonować na dłuższą metę na podstawie bardzo różnych czynników.
Jeśli mówimy o cywilizacji europejskiej, to racja. Ale to nie jest jedyny wzorzec - warto poczytać np. o ludzie Mosuo:
http://en.wikipedia.org/wiki/MosuoJest to lud mieszkający w Chinach, do bólu pogański. W dodatku funkcjonuje tam matrylinealizm, co oznacza dominację kobiet w społeczeństwie i rodzinie. Ludzie ci są bardzo rodzinni, kochają swoich bliskich (krewnych, dzieci), a jednocześnie nie tworzą stałych małżeństw. Jak widać - można
Ailinon napisał(a):
Oczywiście nie mam nic do funkcjonujących związków poliamorycznych, zawsze znajdzie się pewna mniejszość działająca inaczej, ale uważam, że na społeczną skalę, z wielu powodów, by się to nie sprawdziło. Porównanie z komunizmem wydaje mi się bardzo adekwatne - takie eksperymenty już były i wyraziście nie zadziałały. Oczywiście idealizm posunięty w drugą stronę też nie działa

- jak z kimś nie idzie to umartwianie się do końca życia z powodu błędów młodości jest bez sensu - ale zawsze społecznie jakiś kompromis jest podejmowany i jakiś model związku zyskuje szerszą aprobatę, a inne są traktowane jako fanaberia. Póki nikt z powodu fanaberii nikomu szyb nie wybija, to generalnie nie widzę problemu

komunizm w sensie totalitarnego ustroju, w którym jednostka nie miała nic do powiedzenia, a obowiązywała dyktatura proletariatu - owszem. Ale "komunizm" w sensie wspólnoty (komuny), np. plemiennej - jak najbardziej. Większość tradycyjnych społeczności to właśnie komuny, w których dzieli się może nie wszystkim, ale prawie wszystkim, a własność prywatna - jeśli istnieje - jest jedynie częścią systemu wartości, a nie główną wartością. Oczywiście takie społeczności są możliwe na małą skalę - w skali kraju takiego jak Polska musiałoby być ich po prostu bardzo wiele, każda z dużą autonomią. Ale niektóre prawa i obowiązki mające swoje źródło w tym systemie wartości obowiązują do dziś.
Np. obowiązek przyjęcia gościa do swojego domu czy przepuszczenia wędrowca przez swoje pole jest ważniejszy niż prawo do miru domowego czy prawo własności ziemskiej. Dodajmy, że tradycje prawa drogi funkcjonują od zawsze - do dziś - np. w Skandynawii i w niektórych częściach Wysp Brytyjskich (np. w Szkocji). W Szkocji zresztą niedawno wprowadzono ustawę kodyfikującą to prawo (Countryside Access Act) - tam właściciel ziemski nie ma prawa zabronić nikomu przejścia np. przez swoje pola, łąki czy lasy ani ich grodzić płotami; oczywiście korzystanie z prawa drogi jest objęte szeregiem zasad, zresztą bardzo prostych i logicznych (zakaz śmiecenia, zakaz niszczenia upraw czy zieleni, zakłócania spokoju domowników, przeszkadzania w pracach rolnych, nakaz korzystania z wyznaczonego szlaku, jeżeli takowy jest, czy wreszcie zakaz poruszania się po terenie w określonych sytuacjach, np. podczas żniw). Swoje obowiązki ma zarówno gość (co jest oczywiste), jak i gospodarz. Własność prywatna, choć niewątpliwie ważna, nie jest wartością jedyną ani nadrzędną. Przykład Szkocji pokazuje, że można świetnie pogodzić prawo własności ziemskiej z prawem drogi także w dzisiejszych czasach. To samo dotyczy krajów Skandynawii.
W USA natomiast właściciel terenu może - albo jeszcze niedawno mógł - strzelać bez ostrzeżenia do każdego, kto wejdzie na jego teren, choćby nie był agresywny, tylko był zabłąkanym turystą. Uważam to za chore, tak samo jak chora jest dla mnie ideologia XIX-wiecznego i XX-wiecznego kapitalizmu - tak samo szkodliwa utopia, jak komunizm (jako ustrój totalitarny) i faszyzm. Utopia, która niszczy i upośledza człowieka, uczucia, społeczności i relacje społeczne rodziny, zdrowie, środowisko naturalne... Za Stachniukiem określę te -izmy mianem "schorzenia kultury współczesnej", która sama jest nieuleczalnie chora.
Zupełnie pomijam już fakt, że wszelka "własność ziemska" na terenie USA to ziemie zrabowane Indianom, oszukiwanym przy każdym kolejnym pakcie z nimi - zawsze było tak, że USA podpisywały pakt, następnie uznawano, że jednak ziemia jest potrzebna białym i wyganiano z niej Indian; jak nie chcieli sami pójść, to byli wypędzani siłą lub mordowani.