Spoko, ja mieszkam w miejscu, które - dosłownie - uważa się za pępek świata (zaszczytnie przyznało sobie miano "Pępka Europy" za najwyższą frekwencję w wyborach do PE), 95% to "inteligencja katolicka" z chlubnymi tradycjami solidarnościowo-kościelnymi, wszyscy co niedziela zjeżdżają swoimi land roverami czy innymi porsche cayenne do "kościoła-ogrodu", po którym - bez kitu! - srają pawie i egzotyczne żółwie błotne, a w alejkach świergoczą z rozpaczy kanarki trzymane w "artystycznych" klatkach; nie wyobrażacie sobie nawet jakie banknoty lądują na srebrnej tacy

Całe miasto uchodzi za "och, ach" i jest siedzibą tej "prawdziwej" inteligencji warszawskiej, a prawda jest taka, że miejsce jest po prostu nudne jak flaki z olejem - każdy dba o swoją prywatność, z miasta korzysta na zasadzie ekskluzywnej sypialni, a jedyna oferta artystyczna (nieodzowny w końcu element snobizmu) jest, lekko mówiąc, bosko pretensjonalna. Jednocześnie miejscowość jest na tyle mała, że jej społeczność jest typowo hermetyczna, a stosunki towarzyskie, choć często fałszywe, są obowiązkowe dla jakiejkolwiek inicjatywy.
Pozostałe 5% to ateiści, ale dokładnie w tym samym stylu (często skrajnie prawicowi) oraz lokalni dziwacy (np. ex-poeci alkoholicy i tego typu sfrustrowana, podstarzała bohema

), spośród których warto wymienić mieszkańców nielicznych domów-slumsów, które ostały się po rozdzieleniu dworków na potrzeby komunalne. Reprezentantem tych ostatnich jest np. mój sąsiad, który większość czasu spędza na dopieszczaniu swojego ogródka, w którym instaluje konstrukcje typu naga lalka wbita na pal, albo wypchane zwierzęta (specjalnie impregnowane na czas zimowych opadów).

Kto da więcej?